Dolny Śląsk inwestuje w kolej. Teraz czas zrobić z tego region aktywny, nie tylko region z torami

REKLAMA
REKLAMA
Dolny Śląsk od lat inwestuje w kolej: rewitalizuje linie, rozwija połączenia, wzmacnia ofertę transportu publicznego. To jest dobry kierunek i warto to powiedzieć wprost, bez wiecznego polskiego odruchu narzekania. Kolej jest kręgosłupem regionu, a tam, gdzie działa sensownie, realnie zmienia codzienność mieszkańców. Problem zaczyna się gdzie indziej. Nie w tym, że inwestujemy, tylko w tym, jaką wartość kupujemy za publiczne pieniądze. Bo można kupić „odcinek infrastruktury”, można kupić „ładny efekt w komunikacie”, ale można też kupić coś znacznie ważniejszego: system podróży, który pozwala ludziom żyć aktywnie bez konieczności wsiadania do auta przy każdej okazji.
- Klimat i teren: Dolny Śląsk ma warunki na sportowy magnes
- Brutalna codzienność: trening zaczyna się od kluczyków do auta
- Kolej i rower muszą być jednym projektem, bo podróż jest jedna
- Największa szkoda: najpiękniejsze linie kolejowe nie dostały rowerowego odpowiednika
- Trzebnica, Żmigród, Milicz: gotowy korytarz do zrobienia „od jutra”
- Zasada, która powinna być wpisana do każdej inwestycji: budujemy korytarz, nie branżę
- Najbardziej zmarnowany potencjał widać codziennie we Wrocławiu
- Konkluzja: Dolny Śląsk ma wszystko, tylko nie składa tego w całość
Klimat i teren: Dolny Śląsk ma warunki na sportowy magnes
Wrocław i Nizina Śląska mają relatywnie dłuższy sezon aktywności na zewnątrz niż wiele innych regionów kraju. Do tego dochodzi geografia, która dla sportów wytrzymałościowych jest luksusem: płaskie tereny pod bazę tlenową, pagórki pod siłę, góry pod trail i budowanie formy. Baseny są. Szlaki są. Góry są.
Jeśli dodać do tego to, czego dziś szuka coraz więcej ludzi: sportu, zdrowia, powtarzalnych nawyków, „trzech dyscyplin” i regularności, potencjał jest oczywisty. Dolny Śląsk mógłby być regionem, w którym triathlon, kolarstwo i bieganie są czymś więcej niż hobby garstki zapaleńców. Mógłby przyciągać aktywnych z całej Polski. Ale do tego potrzeba jednego fundamentu, bez którego wszystko zostaje w sferze życzeń.
REKLAMA
REKLAMA
Brutalna codzienność: trening zaczyna się od kluczyków do auta
Dziś we Wrocławiu i okolicy aktywność fizyczna jest często logistyką: najpierw wsiadasz w samochód, dopiero potem „jedziesz trenować”. W weekend miasto jedzie do lasu pobiegać, jedzie „na rower” do Milicza, jedzie do Barda robić górskie pętle, jedzie w kierunku gór, bo tam wreszcie można poczuć, że jedziesz, a nie walczysz o przetrwanie.
To jest sygnał alarmowy. Nie dlatego, że ludzie jeżdżą. Tylko dlatego, że jeżdżą samochodem, bo wokół Wrocławia nie ma bezpiecznych, długich tras rowerowych, które pozwalają trenować bez kalkulowania ryzyka. Kolarstwo szosowe i triathlon nie działają na odcinkach po pięć kilometrów. To są sporty dystansu. Potrzebujesz ciągów 80–120–160 km, potrzebujesz bezpieczeństwa i przewidywalności. A w realiach „wokół Wrocławia” zbyt często każdy wyjazd to ryzyko zdrowia lub życia.
I tu dochodzimy do sedna: mamy klimat, mamy teren, mamy ambicje, mamy masę ludzi, którzy chcą być aktywni. Brakuje tylko jednego elementu, który powinien być oczywistością w regionie aspirującym do nowoczesności: sieci długodystansowych, bezpiecznych tras rowerowych.
Kolej i rower muszą być jednym projektem, bo podróż jest jedna
Gdy region inwestuje duże pieniądze w kolej, powinien równolegle budować to, co sprawia, że kolej przestaje być „dojazdem na peron”, a staje się narzędziem stylu życia: korytarze rowerowo-kolejowe.
Współczesna mobilność rekreacyjna i sportowa działa prosto: jadę pociągiem 100–200 km i wracam rowerem, albo jadę rowerem i wracam pociągiem. Robię pętlę, a kolej jest dojazdem i ratunkiem. To jest też przepis na turystykę rowerową w skali regionu: nie krótkimi odcinkami „tu i teraz”, tylko siecią, którą da się planować. Miara mądrego inwestowania jest banalna: nie „zrobiliśmy”, tylko „ludzie używają”.
Największa szkoda: najpiękniejsze linie kolejowe nie dostały rowerowego odpowiednika
Najbardziej żal tych odcinków, które są kwintesencją dolnośląskiej opowieści o krajobrazie i ruchu: połączenia w kierunku Karpacza, Świeradowa Zdroju czy Jakuszyc. Tam inwestycje kolejowe są najbardziej malownicze, a jednocześnie właśnie tam aż się prosi o trasę rowerową. To są trudne technicznie i kosztowne przeprawy dla kolei, ale równocześnie korytarze, które nadają się na najpiękniejsze trasy rowerowe, jakie można sobie wymarzyć.
I tu widać błąd systemowy. Skoro już wchodzimy w trudne obszary inwestycyjne i budujemy do takich miejsc kolejową bramę, to dlaczego nie domykamy tego rowerowo? Dlaczego nie tworzymy produktu: dojeżdżasz koleją w piękne miejsce, robisz pętlę rowerową, wracasz koleją? Zamiast tego mamy inwestycje, które są mocne w jednym wymiarze, ale nie tworzą pełnej podróży. A przez to nie wykorzystują własnego potencjału.
REKLAMA
Trzebnica, Żmigród, Milicz: gotowy korytarz do zrobienia „od jutra”
Drugi przykład jest jeszcze bardziej „pod nosem”: kierunek Trzebnicy i dalej na Żmigród, a stamtąd naturalnie w okolice Stawów Milickich. To jest wymarzone środowisko do długiej, płaskiej pracy tlenowej: idealne dla kolarstwa i triathlonu, idealne dla ludzi, którzy chcą się ruszać bez górskiej rzeźni i bez stresu ruchu ciężkiego.
Jeśli modernizujemy połączenia do Trzebnicy, to obok powinien powstawać równoległy, bezpieczny ciąg rowerowy, który pozwala wyjechać z Wrocławia bezpiecznie, dowozi do Trzebnicy, prowadzi dalej w kierunku Żmigrodu, a potem spina się z „płaską perełką” Milicza. To jest myślenie perspektywiczne. Nie „czy opłaca się turystyka”, tylko „czy budujemy region, w którym ruch jest normalny”. Bo jeśli nie, ludzie i tak będą jeździć samochodem na trening. I tyle.
Zasada, która powinna być wpisana do każdej inwestycji: budujemy korytarz, nie branżę
Wystarczy jedna reguła, która ustawia wydatki w pionie: każda rewitalizacja linii kolejowej ma równoległy komponent rowerowy i pieszy tam, gdzie to jest technicznie możliwe, a tam, gdzie to nie jest możliwe, ma węzły i łączniki domykające sieć.
W praktyce oznacza to cztery rzeczy: ciągłość tras (bez urwanych odcinków i „dalszy przejazd na własną odpowiedzialność”), sensowne standardy (nawierzchnia, szerokość, bezpieczeństwo), węzły B+R i dojścia do stacji oraz projektowanie tras jako pętli: pociąg + rower. To kosztuje ułamek wielkich inwestycji kolejowych, a potrafi zwielokrotnić ich efekt społeczny: mniej aut w weekend, więcej ruchu, więcej zdrowia, więcej turystyki, więcej „regionu aktywnego”.
Najbardziej zmarnowany potencjał widać codziennie we Wrocławiu
Najbardziej zmarnowany potencjał widać nie w prezentacjach, tylko każdego dnia we Wrocławiu. Wrocławianie nie mają bezpiecznego dojazdu rowerem do oczywistych, treningowych kierunków regionu, takich jak Sobótka. Dla osoby trenującej kolarstwo czy triathlon dojazd na trening do wyznaczonego celu nie jest „wyprawą życia”. To ma być normalność. Tymczasem często nie ma bezpiecznej drogi docelowej, a każdy wyjazd z miasta oznacza ryzyko, którego nie da się uczciwie usprawiedliwić.
Dlatego aż prosi się o to, żeby w korytarzu kolejowym w kierunku Sobótki, a także w przyszłym korytarzu do Jordanowa Śląskiego, powstały długie, bezkolizyjne trasy rowerowe, odseparowane od ruchu samochodowego. Nie dekoracyjne odcinki „po pięć kilometrów”, tylko ciągły korytarz, który pozwala wyjechać z Wrocławia i dojechać w teren treningowy bez strachu, że trening zamieni się w walkę o przeżycie.
To nie jest wyłącznie sprawa rekreacji. To jest fundament sportu. Bez bezpiecznej infrastruktury nie ma masowego trenowania, a bez masy nie ma stabilnej elity. Jeżeli region nie zapewnia warunków do codziennego treningu, najlepsi i najbardziej ambitni uciekają tam, gdzie mogą trenować normalnie. Pogoda ma znaczenie, ale równie ważne jest coś prozaicznego: tam da się trenować bezpiecznie. A przecież dałoby się trenować także tutaj, gdybyśmy zrobili jedną rzecz konsekwentnie.
Dotyczy to nie tylko Wrocławia. Mamy silne środowiska sportowe także w innych miastach regionu, choćby w rejonie Świdnicy i Wałbrzycha. Tam również brakuje spójnych, bezpiecznych połączeń, które pozwalają trenować w standardzie cywilizacyjnym, a nie w standardzie „uważaj na wszystko”. Korytarze powinny się łączyć: Wrocław – Sobótka – dalej w kierunku Świdnicy i Wałbrzycha, z odnogami w góry i na płaskie tereny bazy tlenowej.
Co ważne: to nie jest temat „nie do odrobienia”. To jest temat do odrobienia właśnie teraz, przy inwestycjach w kolej. Bo najtańsze i najlogiczniejsze miejsce na długie, bezpieczne ciągi rowerowe to korytarze transportowe: przy liniach kolejowych, przy dojazdach do stacji, w miejscach, gdzie i tak przebiega infrastruktura. Tu nie chodzi o budowanie „obok świata”. Tu chodzi o to, żeby przestać budować w oderwaniu.
Konkluzja: Dolny Śląsk ma wszystko, tylko nie składa tego w całość
W tej historii nie chodzi o krytykowanie inwestycji kolejowych. Chodzi o to, żeby pieniądze pracowały mądrzej. Dolny Śląsk ma klimat, ma tereny, ma góry i niziny, ma rosnącą kulturę sportu, ma wreszcie kolejową infrastrukturę, która może stać się kręgosłupem aktywnego regionu.
Brakuje jednego: decyzji, że nie budujemy „kolei” i osobno „roweru”. Budujemy podróż. A podróż, jeśli ma być nowoczesna, musi łączyć oba światy. Inaczej nadal będziemy żyć w modelu, w którym aktywność fizyczna zaczyna się od kluczyków do auta, a trening na rowerze bywa codziennym ryzykiem. To nie jest miara rozwoju. To jest miara braku wyobraźni.
Grzegorz Prigan, adwokat i menedżer
REKLAMA
© Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A.
REKLAMA
